Sąd federalny w Kalifornii oddalił w całości pozew, którym Google próbował powstrzymać firmę SerpApi przed pobieraniem wyników wyszukiwania. Sędzia uznała, że publiczne wyniki wyszukiwarki nie są utworem chronionym prawem autorskim, więc mechanizm antybotowy Google nie może korzystać z ochrony zarezerwowanej w amerykańskim prawie dla zabezpieczeń technicznych. To rozstrzygnięcie, które branża narzędzi SEO obserwowała od miesięcy, bo jego wynik decyduje o tym, czy dane z SERP-ów pozostaną dostępne dla rank trackerów i platform analitycznych.
Orzeczenie zapadło 20 lipca 2026 roku, a dzień później SerpApi ogłosił wygraną. Dla setek narzędzi, które codziennie zaciągają pozycje słów kluczowych z wyszukiwarki, to sygnał, że Google nie może na razie zamienić prawa autorskiego w narzędzie do zamykania dostępu do danych, które i tak widzi każdy użytkownik przeglądarki.
Co dokładnie rozstrzygnął sąd
Sprawę prowadziła sędzia Yvonne Gonzalez Rogers, przewodnicząca składu w Sądzie Okręgowym Stanów Zjednoczonych dla Północnego Dystryktu Kalifornii. To ten sam sąd, który rozpatruje najgłośniejsze spory technologiczne w Dolinie Krzemowej. Sędzia przychyliła się do wniosku SerpApi o oddalenie pozwu (motion to dismiss), czyli uznała, że nawet gdyby przyjąć twierdzenia Google za prawdziwe, nie tworzą one podstawy do roszczenia.
Google oparł pozew na paragrafie 1201 amerykańskiej ustawy Digital Millennium Copyright Act (DMCA). Firma podniosła dwa wątki: że SerpApi obchodzi zabezpieczenie techniczne (przepis 1201(a)(1)(A)) oraz że dostarcza innym usługę służącą do takiego obchodzenia (przepis 1201(a)(2)). Sędzia oddaliła oba.
Sedno sporu dotyczyło tego, czego właściwie broni sekcja 1201. Przepis chroni tylko takie środki techniczne, które kontrolują dostęp do utworu objętego prawem autorskim. Tymczasem, jak zauważyła sędzia, zwykłe wyniki wyszukiwania (adresy URL, fragmenty tekstu, dane z indeksu) są publicznie dostępnymi faktami, a nie utworem w rozumieniu prawa autorskiego. W uzasadnieniu padło sformułowanie, że w zakresie, w jakim wyniki wyszukiwania Google nie zawierają treści chronionej prawem autorskim, zabezpieczenie SearchGuard nie może być uznane za skuteczną kontrolę dostępu do utworu chronionego.
Czym jest SearchGuard, o który poszło
SearchGuard to system antybotowy Google uruchomiony w styczniu 2025 roku. Kiedy do wyszukiwarki trafia zapytanie z nierozpoznanego źródła, system wysyła wyzwanie JavaScript. Przeglądarka użytkownika rozwiązuje je niepostrzeżenie, natomiast zautomatyzowane systemy zwykle sobie z nim nie radzą i tracą dostęp do wyników. Google argumentował, że SerpApi celowo omija tę barierę, żeby masowo pobierać dane z SERP-ów.
Prawnicy SerpApi odrzucili sposób, w jaki Google próbował zaklasyfikować ten mechanizm. Główny radca prawny firmy, Chad Anson, argumentował, że DMCA powstała po to, żeby chronić zaszyfrowane płyty DVD i oprogramowanie przed piractwem, a nie po to, by platformy blokowały dostęp do publicznie widocznych treści w sieci. To odwołanie nie jest przypadkowe: sekcja 1201 była pisana w czasach, gdy chodziło o łamanie zabezpieczenia CSS na płytach DVD. Google w praktyce próbował rozciągnąć logikę z walki z piractwem filmowym na scraping publicznej wyszukiwarki, a sąd tej analogii nie przyjął.
Kluczowe fakty w skrócie
| Element sprawy | Szczegół |
|---|---|
| Pozew złożony | 19 grudnia 2025 |
| Oddalenie pozwu | 20 lipca 2026 |
| Ogłoszenie wygranej przez SerpApi | 21 lipca 2026 |
| Sąd | Sąd Okręgowy USA, Północny Dystrykt Kalifornii |
| Sędzia | Yvonne Gonzalez Rogers |
| Podstawa prawna pozwu | DMCA sekcja 1201 (obchodzenie zabezpieczeń) |
| Sporny mechanizm | SearchGuard (system antybotowy, styczeń 2025) |
| Czas na korektę pozwu | 21 dni, wąski zakres |
Oddalenie w dwóch częściach
Rozstrzygnięcie nie było jednolite. Sędzia podzieliła je na dwie warstwy, co ma znaczenie dla tego, co może wydarzyć się dalej.
Pierwsza część to oddalenie z prejudykatem (with prejudice), czyli ostateczne. Dotyczy sytuacji, w których SearchGuard kontroluje dostęp do wyników wyszukiwania niezawierających żadnej treści chronionej prawem autorskim. W tym zakresie Google przegrał definitywnie i nie może wracać z tym samym roszczeniem.
Druga część to oddalenie bez prejudykatu (without prejudice). Obejmuje przypadki, w których wyniki wyszukiwania zawierają element chroniony prawem autorskim, na przykład zdjęcia pojawiające się w panelach wiedzy (Knowledge Panel). Tu drzwi zostały uchylone: Google dostał 21 dni na złożenie poprawionego pozwu, ale tylko w tym wąskim wycinku i pod warunkiem, że wykaże, iż dysponuje prawami autorskimi do konkretnych materiałów lub upoważnieniem do ich egzekwowania.
Innymi słowy, główna linia ataku Google (traktowanie całej wyszukiwarki jako chronionego zasobu) upadła. To, co zostało, jest znacznie węższe i trudniejsze do udowodnienia, bo wymaga wskazania konkretnych, chronionych elementów i tytułu prawnego do nich.
Co to znaczy dla SEO i narzędzi AIO
Dla branży SEO to nie jest abstrakcyjny spór prawny, tylko sprawa dotykająca fundamentu wielu narzędzi. SerpApi dostarcza dane, które zasilają rank trackery, dashboardy do analizy konkurencji i narzędzia do badania słów kluczowych, z których marketerzy korzystają na co dzień. Gdyby sąd przyznał rację Google, każda firma pobierająca wyniki wyszukiwania musiałaby liczyć się z ryzykiem roszczeń z tytułu obchodzenia zabezpieczeń, a to potencjalnie oznaczałoby koniec sporej części rynku danych SERP w obecnym kształcie.
Warto zestawić to orzeczenie z innym ruchem Google. We wrześniu 2025 roku wyszukiwarka wycofała parametr num=100, który pozwalał pobierać sto wyników na jednej stronie. Dla rank trackerów była to bolesna zmiana, bo podniosła koszt i złożoność zbierania danych o pozycjach. Pozew przeciwko SerpApi wpisywał się w tę samą tendencję: stopniowego utrudniania zautomatyzowanego dostępu do SERP-ów. Lipcowe rozstrzygnięcie zatrzymuje najbardziej agresywny wariant tej strategii, czyli próbę użycia prawa autorskiego jako bariery.
Konsekwencje sięgają też świata AIO i wyszukiwania opartego na modelach językowych. Narzędzia, które monitorują widoczność marki w ChatGPT, Perplexity czy Gemini, często opierają pomiary właśnie na danych z wyszukiwarek. Jeśli dostęp do publicznych wyników pozostaje legalny, cała warstwa pomiaru widoczności (od klasycznych pozycji po cytowania w odpowiedziach AI) ma stabilniejszy grunt pod nogami. To istotne w momencie, gdy rynek dopiero buduje standardy mierzenia obecności w generatywnych silnikach. Jeśli budujesz strategię obecności w odpowiedziach modeli, warto rozumieć, jak różne narzędzia do pomiaru widoczności AI pozyskują swoje dane.
Szersza wojna o dostęp do danych
Sprawa SerpApi nie jest odosobniona. To fragment większego sporu o to, kto i na jakich zasadach może automatycznie sięgać po publicznie dostępne treści w sieci. Podobne pytania wraca w konflikcie o agentów AI, którzy działają w imieniu użytkownika. Głośny przykład to spór, w którym Amazon i Perplexity spierają się, czy agent AI może robić zakupy w Twoim imieniu, a stawką jest interpretacja przepisów o nieautoryzowanym dostępie do systemów.
Wspólny mianownik tych spraw jest prosty: duże platformy szukają podstaw prawnych, żeby ograniczyć zautomatyzowany ruch, a firmy budujące narzędzia i modele bronią zasady otwartego dostępu do informacji, która jest publicznie widoczna. Systemy antybotowe stają się przy tym elementem infrastruktury, który dotyka nie tylko scraperów, lecz także zwykłej indeksacji. Pisaliśmy niedawno, jak ekrany weryfikacji botów mogą wyrzucić strony z indeksu Google, co pokazuje, że granica między ochroną przed nadużyciami a blokowaniem dostępu bywa cienka.
Reakcje branży
SerpApi przedstawił rozstrzygnięcie jako zwycięstwo wykraczające poza własny interes. W oświadczeniu z 21 lipca 2026 roku dyrektor generalny firmy, Julien Khaleghy, stwierdził, że sąd odrzucił próby rozszerzenia DMCA na kontrolę dostępu do publicznych stron. Nazwał to wygraną nie tylko dla SerpApi, lecz dla wszystkich, którzy polegają na otwartym internecie. Podkreślił też, że założycielska zasada sieci, czyli otwarty dostęp do użytecznej informacji, jest niezbędna, by napędzać innowacje i by wszyscy korzystali z obietnicy danych. Firma zapowiedziała, że dalej będzie wspierać programistów, firmy AI, badaczy i biznesy, które opierają się na dostępie do publicznych informacji z wyszukiwania.
Komentatorzy branżowi zwracają uwagę, że sąd bardzo świadomie rozdzielił dwa poziomy: same wyniki wyszukiwania (fakty publiczne) od pojedynczych elementów chronionych (jak konkretne zdjęcia). To rozróżnienie może stać się punktem odniesienia w kolejnych sporach o scraping. Dla firm zbierających dane oznacza jasny sygnał: pobieranie zwykłych pozycji, adresów URL i fragmentów tekstu ma mocne podstawy do obrony, natomiast masowe zaciąganie chronionych obrazów czy innych utworów pozostaje ryzykowne.
Co dalej
Najbliższe tygodnie pokażą, czy Google skorzysta z 21-dniowego okna i złoży poprawiony pozew ograniczony do scenariuszy z treścią chronioną. Nawet jeśli to zrobi, pole manewru jest wąskie, bo firma musiałaby precyzyjnie wskazać chronione materiały i udowodnić tytuł prawny. Bardziej prawdopodobne jest, że wyszukiwarka będzie dalej utrudniać scraping środkami technicznymi, a nie prawnymi, rozwijając mechanizmy w rodzaju SearchGuard i modyfikując sposób serwowania wyników.
Dla właścicieli stron i specjalistów SEO praktyczny wniosek jest taki, że ekosystem narzędzi opartych na danych z SERP-ów na razie nie stracił gruntu pod nogami. Rank trackery, narzędzia do analizy konkurencji i platformy mierzące widoczność w AI mogą działać dalej, choć koszt pozyskiwania danych będzie prawdopodobnie rósł wraz z kolejnymi barierami technicznymi. Warto obserwować, czy inne duże platformy pójdą śladem Google i spróbują podobnej argumentacji prawnej, bo to orzeczenie z Kalifornii może stać się przez najbliższy czas ważnym punktem odniesienia dla całej branży danych internetowych.
Jedno jest pewne: pytanie o to, kto kontroluje dostęp do publicznych danych w sieci, nie zniknie. Rozwój wyszukiwania generatywnego tylko je zaostrza, bo modele językowe potrzebują danych, a platformy coraz mocniej chcą decydować o warunkach dostępu. Sprawa SerpApi jest jednym z pierwszych wyroków, które wprost odpowiadają na to pytanie, i wypada on po stronie otwartego dostępu.
Dlaczego to rozstrzygnięcie waży więcej niż jeden spór
Znaczenie wyroku bierze się z tego, jak sędzia poprowadziła rozumowanie. Zamiast rozstrzygać, czy scraping jako taki jest dozwolony, sąd cofnął się o krok i zapytał, czego właściwie broni przepis, na który powołał się Google. Odpowiedź była kłopotliwa dla wyszukiwarki: sekcja 1201 chroni dostęp do utworów, a nie dostęp do danych w ogóle. Gdy przedmiotem ochrony miałyby być fakty publiczne, cała konstrukcja roszczenia się rozpada.
To rozumowanie ma wartość precedensową, bo daje kolejnym sądom gotowy schemat oceny podobnych spraw. Debata o pobieraniu publicznie dostępnych danych toczy się w amerykańskim orzecznictwie od lat, głównie wokół innego przepisu, czyli ustawy o oszustwach komputerowych (Computer Fraud and Abuse Act). Sprawa SerpApi przenosi ten spór na grunt prawa autorskiego i pokazuje, że także tędy trudno zbudować barierę wokół publicznej wyszukiwarki. Firmy, które próbowałyby powtórzyć strategię Google, dostały czytelny sygnał, że sama obecność mechanizmu antybotowego nie zamienia publicznych wyników w utwór chroniony.
Dla rynku danych internetowych to o tyle istotne, że rozstrzygnięcia z Północnego Dystryktu Kalifornii są uważnie czytane w całej branży technologicznej. To tam zapadają orzeczenia dotyczące największych platform, a linia argumentacyjna wypracowana w jednej sprawie potrafi wpływać na strategie procesowe kolejnych firm przez lata.
Co powinni z tego wyciągnąć specjaliści SEO
Praktyczny wniosek dla osób prowadzących kampanie i audyty jest spokojny, ale konkretny. Po pierwsze, narzędzia oparte na danych z SERP-ów nie znikają i nie ma na horyzoncie wyroku, który nagle odciąłby dostęp do pozycji słów kluczowych. Można dalej planować pracę wokół rank trackerów i platform analitycznych, choć rozsądnie jest zakładać, że ich koszt będzie rósł w miarę, jak Google dokręca śrubę techniczną.
Po drugie, warto rozdzielać dwa rodzaje danych. Zwykłe wyniki (pozycje, adresy URL, fragmenty tekstu) mają dziś mocną podstawę do legalnego pobierania. Elementy chronione, takie jak konkretne zdjęcia czy grafiki pojawiające się w panelach wiedzy, pozostają obszarem ryzyka. Jeśli budujesz własne procesy zbierania danych, ta granica powinna być odzwierciedlona w tym, co i jak zaciągasz.
Po trzecie, kierunek jest jasny: Google będzie utrudniać zautomatyzowany dostęp głównie środkami technicznymi. Wycofanie parametru num=100 i rozwój systemów w rodzaju SearchGuard to zapowiedź świata, w którym pozyskiwanie danych o widoczności wymaga coraz większych nakładów. Kto opiera decyzje na danych z wyszukiwarki, powinien planować z tym marginesem, dywersyfikować źródła pomiaru i traktować dostęp do SERP-ów jako zasób, o który trzeba dbać, a nie coś danego raz na zawsze.
FAQ
O co Google pozwał SerpApi?
Google zarzucił SerpApi obchodzenie zabezpieczenia technicznego SearchGuard i pobieranie wyników wyszukiwania. Pozew opierał się na sekcji 1201 amerykańskiej ustawy DMCA, która chroni środki techniczne kontrolujące dostęp do utworów objętych prawem autorskim.
Dlaczego sąd oddalił pozew?
Sędzia uznała, że zwykłe wyniki wyszukiwania (adresy URL, fragmenty tekstu, dane z indeksu) są publicznie dostępnymi faktami, a nie utworem chronionym prawem autorskim. Skoro nie ma utworu, zabezpieczenie SearchGuard nie może korzystać z ochrony przewidzianej w sekcji 1201 DMCA.
Czy Google może jeszcze wrócić do sprawy?
Częściowo tak. Sąd oddalił roszczenia bez prejudykatu w wąskim zakresie dotyczącym wyników zawierających treści chronione, na przykład zdjęcia w panelach wiedzy. Google dostał 21 dni na złożenie poprawionego pozwu, ale tylko w tym ograniczonym obszarze i pod warunkiem wykazania praw do konkretnych materiałów.
Co orzeczenie oznacza dla narzędzi SEO?
Rank trackery, narzędzia do analizy konkurencji i platformy mierzące widoczność (w tym w AI) opierają się na danych z SERP-ów, które często dostarcza SerpApi. Wyrok oznacza, że pobieranie publicznych wyników wyszukiwania ma na razie mocne podstawy prawne, choć techniczne bariery dostępu prawdopodobnie będą rosły.
Czym jest SearchGuard?
To system antybotowy Google uruchomiony w styczniu 2025 roku. Wysyła wyzwania JavaScript do nierozpoznanych zapytań. Przeglądarki użytkowników rozwiązują je automatycznie, a zautomatyzowane systemy zwykle tracą dostęp do wyników, co miało utrudnić masowe pobieranie danych z wyszukiwarki.










