Ahrefs oficjalnie potwierdził to, o czym część branży mówiła od tygodni: Google podaje podejrzanym dostawcom danych SERP inne wyniki niż zwykłym użytkownikom. Według komunikatu firmy z 22 października 2026 roku problem dotyczy od 5 do 20% pobieranych stron wyników, zależnie od dostawcy. Dzień później kolejni producenci rank trackerów ujawnili, jak próbują odsiać „zatrute” dane, a ich liczby pokazują, że wrześniowe i październikowe raporty pozycji trzeba czytać z dużą ostrożnością.
Kontekst: kolejny cios w narzędzia do monitoringu pozycji
Branża narzędzi SEO od ponad roku działa pod rosnącą presją ze strony Google. We wrześniu 2025 roku wyszukiwarka wyłączyła parametr num=100, który pozwalał pobrać sto wyników jednym zapytaniem. Od tego momentu zebranie pełnego top 100 wymagało wielokrotnie większej liczby żądań, a sam Ahrefs potrzebował około sześciu tygodni, żeby przywrócić śledzenie pozycji do setnego miejsca. Był to jednak problem kosztowy: dane, które narzędzia dostawały, były prawdziwe.
W sierpniu 2026 roku przyszła kolejna zmiana. Google zaczął przepuszczać kliknięcia w wynikach przez przekierowania typu goto, o czym pisaliśmy w tekście o przekierowaniach linków w wynikach Google. Według zestawienia serwisu PPC Land dla rank trackerów oznaczało to nawet od 500 do 1000 żądań na jedno zapytanie. Równolegle trwa spór sądowy Google z firmą SerpApi, która dostarcza dane SERP wielu narzędziom i firmom AI. Sąd oddalił pierwotny pozew Google 20 lipca 2026 roku, a sprawa wciąż się toczy.
Obecny problem jest jednak jakościowo inny. Tym razem nie chodzi o to, że dane są droższe albo trudniejsze do zebrania. Chodzi o to, że część z nich jest po prostu nieprawdziwa, a jednocześnie wygląda zupełnie normalnie.
Co dokładnie ogłosił Ahrefs
Ahrefs opublikował na swoim blogu produktowym krótki wpis zatytułowany „An update on Google’s poisoning of search results”. Firma stwierdza w nim, że w ciągu „ostatnich kilku tygodni” Google pokazywał inne wyniki dostawcom danych SERP, których uznał za podejrzanych, i nazywa to problemem całej branży. Skala: od 5 do 20% wyników, w zależności od dostawcy danych.
Ahrefs deklaruje trzy działania:
- stosuje filtry, które wykrywają i odrzucają nietypowe wyniki, a w ich miejsce zamawiają ponowne pobranie strony,
- czyści historyczne dane, które mogły zostać skażone,
- będzie informował o dalszych zmianach przez powiadomienia w panelu narzędzia.
Równie ważne jest to, czego we wpisie brakuje. Jak zauważa serwis Search Engine Journal, Ahrefs nie podał metodologii, wielkości próby, daty początku zjawiska, podziału na kraje ani urządzenia. Nie wiadomo też, czy przedział 5–20% opisuje dane przed filtrami, czy po nich, ani jak daleko wstecz sięga czyszczenie historii. Firma zastrzega przy tym, że wyszukiwarki często się zmieniają i metody skuteczne dziś mogą przestać działać jutro.
Czym jest „zatruty” SERP
Najprostsza definicja pochodzi od twórców narzędzia Nozzle, którzy opisali zjawisko już 10 października. Pierwsza strona wyników jest uznawana za zatrutą, jeśli brakuje na niej ponad połowy domen, które zwykle pojawiają się dla danego zapytania. Strona wygląda kompletnie: ma dziesięć wyników, tytuły, opisy. Tyle że nie jest to ta strona, którą zobaczyłby człowiek wpisujący to samo zapytanie. Rank tracker, który tego nie wychwyci, zapisuje pewną siebie, ale błędną pozycję.
Kluczowe fakty: liczby od poszczególnych dostawców
Wpis Ahrefs nie jest pierwszym sygnałem. W ciągu ostatnich dwóch tygodni kilku producentów rank trackerów opublikowało własne pomiary. Problem w tym, że każdy mierzy coś innego, więc liczb nie można wprost porównywać.
| Dostawca | Co mierzy | Wynik |
|---|---|---|
| Ahrefs | udział skażonych wyników, zależnie od dostawcy danych | 5–20% w ostatnich tygodniach |
| Nozzle | zatrute pierwsze strony wyników | 8,7% od 13 września do 21 października wobec 0,17% w okresie 20 sierpnia – 9 września; szczyt 27% 29 września |
| DemandSphere | dzienne sprawdzenia pozycji z blokadą lub fałszywym wynikiem | ok. 11% (dane z 13 października) |
| SEOmonitor | niekompletne lub błędne wyniki pobierane ponownie przed zapisem | ok. 8% dziennie; ok. 10% słów kluczowych z błędem w dniach 9–13 października |
| AccuRanker | próbka zapisanych danych (1 na 200 fraz), dni z rozjazdem pierwszej strony | 30,2% fraz desktop 25 września, 0,58% 17 października |
Z zestawienia wyłania się wspólny wzorzec. Zjawisko zaczęło narastać około 20–25 września, osiągnęło szczyt pod koniec miesiąca, a w październiku dostawcy stopniowo uczyli się je filtrować. AccuRanker dodaje, że mniejsze „rundy” podmienionych stron widział już od stycznia 2026 roku, a rzeczywista skala w dużej mierze zależy od tego, jak dany dostawca zbiera dane.
Jak rank trackery próbują się bronić
Najwięcej szczegółów technicznych ujawnił AccuRanker. Narzędzie odrzuca skrócone strony wyników i pobiera je ponownie w innej sesji przeglądarki. Następnie porównuje nową pierwszą stronę z domenami, które były w top 10 przez co najmniej dwa z trzech poprzednich dni. Jeśli zgadza się mniej niż połowa, strona jest pobierana jeszcze raz. Dopiero gdy druga próba pokazuje te same nowe domeny, zmiana trafia do bazy jako prawdziwa. Słaby punkt: około 1 na 20 stron desktop i 1 na 12 stron mobilnych nie ma wystarczającej historii, żeby taki test w ogóle przeprowadzić.
SEOmonitor od 13 października sprawdza treść każdego wyniku względem niedawnej historii danej frazy, w momencie gdy wynik spływa do systemu. Firma przyznaje, że do 8 października jej dotychczasowa kontrola jakości radziła sobie z błędami, ale mniej więcej od 9 października wiele fałszywych wyników przestało zdradzać sygnały, na których ta kontrola się opierała. Dotknięte frazy przeliczono ponownie. Od maja narzędzie stosuje też bezpiecznik: przy nietypowo dużym spadku może przez maksymalnie dwie dzienne aktualizacje pokazywać poprzednią pozycję, dopóki nie potwierdzi, że spadek się utrzymuje.
SerpApi w publicznym zgłoszeniu na GitHubie poinformowało 14 października o aktualizacji, która „powinna ograniczyć liczbę przypadków” zatrutych wyników, zaznaczając, że prace trwają. Jeden z klientów poprosił o dodanie pola oznaczającego wyszukiwania bez trafnych wyników, bo dziś każdą odpowiedź trzeba weryfikować po stronie odbiorcy. BrightLocal, jak napisał prezes firmy Myles Anderson, rozbudowuje sieć dostawców danych, żeby awaria jednego nie zatrzymywała pomiarów, i przyznaje, że „nie ma jednej poprawki, która rozwiązuje problem całkowicie”. Semrush poinformował o dodaniu „dodatkowych kontroli”, a SISTRIX deklaruje, że publikuje tylko dane, które przeszły testy jakości.
Warto odnotować uwagę redakcji Search Engine Journal: żaden z dostawców nie powołuje się na niezależne testy swoich zabezpieczeń.
Co to znaczy dla SEO i AIO
Dla specjalistów SEO najważniejszy wniosek jest prosty: dane o pozycjach z okresu od drugiej połowy września do połowy października 2026 roku mogą zawierać błędy. To okno nakłada się dodatkowo na wrześniowy spam update Google, który trwał od 24 września do 8 października. Spadek widoczny w tym czasie w narzędziu mógł więc oznaczać trzy zupełnie różne rzeczy: rzeczywistą degradację po aktualizacji algorytmu, zablokowane pobranie danych albo stronę wyników podaną wyłącznie podejrzanemu botowi. Jeśli w tym okresie analizowaliście skutki aktualizacji, warto wrócić do naszego podsumowania wrześniowego spam update i zestawić je z danymi z własnych źródeł.
Raporty dla klientów mogą się zmienić wstecz
Skoro Ahrefs i inni dostawcy czyszczą historię, wykres wyeksportowany na początku października może dziś wyglądać inaczej niż ten sam wykres oglądany w panelu. Agencje, które wysłały klientom raporty z dramatycznymi spadkami lub wzrostami, powinny sprawdzić, czy te ruchy przetrwały korektę danych. Ahrefs nie zapowiedział oznaczania poprawionych punktów, więc różnicę trzeba wychwycić samodzielnie.
Nie tylko pozycje: metryki pochodne
Dane SERP zasilają znacznie więcej niż tabelę pozycji. Na ich podstawie liczone są trudność słów kluczowych, szacunki ruchu organicznego, analizy konkurencji, a coraz częściej także monitoring obecności w AI Overviews. Ani Ahrefs, ani pozostali dostawcy nie wyjaśnili, które z tych produktów korzystały ze skażonych danych i czy czyszczenie historii je obejmuje. Jeśli więc szacowany ruch konkurenta nagle spadł o kilkadziesiąt procent w ostatnich tygodniach września, zanim wyciągniecie wnioski, sprawdźcie, czy to nie artefakt pomiaru.
Search Console jako punkt odniesienia
W sporach o to, czy spadek jest prawdziwy, najlepszym arbitrem pozostaje Google Search Console. Średnia pozycja w GSC odzwierciedla najwyżej położony wynik serwisu i pochodzi z rzeczywistych wyświetleń, a nie z symulowanych zapytań. Ma swoje ograniczenia: obejmuje tylko zweryfikowane witryny, uśrednia dane z różnych urządzeń, lokalizacji i historii wyszukiwania, a raport dotyczący AI pokazuje wyświetlenia bez kliknięć i zapytań. Pisaliśmy o tym szerzej w tekście o tym, czego nie zobaczysz w Search Console w kontekście widoczności w AI. Mimo to, gdy rank tracker i GSC się rozjeżdżają, w tym okresie bardziej wiarygodne są dane Google.
Wymiar AIO: wojna o dostęp do wyników
Choć ofiarą są dziś narzędzia SEO, wiele wskazuje na to, że nie one są głównym celem. Barry Schwartz z Search Engine Roundtable oraz zespół SISTRIX sugerują, że Google celuje przede wszystkim w firmy AI i dostawców takich jak SerpApi, którzy pobierają wyniki wyszukiwania na masową skalę, a narzędzia SEO zostały trafione rykoszetem. Twórcy Nozzle piszą wprost, że trend „jest odpowiedzią Google na scraping przez AI, a rank trackery zostały w to wciągnięte”.
To ważny sygnał dla wszystkich, którzy zajmują się optymalizacją pod wyszukiwarki AI. Wyniki Google są paliwem dla wielu produktów generatywnych, które nie mają własnego indeksu na skalę Google. Jeśli wyszukiwarka zaczyna celowo podawać takim odbiorcom fałszywe strony, jakość odpowiedzi części asystentów AI może spadać, a znaczenie własnych indeksów (Bing, indeks OpenAI, Brave) rośnie. Dla marek oznacza to, że widoczność w AI coraz mniej da się wyprowadzić wprost z pozycji w Google.
Reakcje branży
Reakcje są mieszane. Część specjalistów od tygodni zgłaszała, że dane z narzędzi nie pasują do rzeczywistości. Japoński konsultant Shoichi Hasegawa już 1 października pisał, że liczby z Ahrefs wydają się nie zgadzać z tym, co widać w wynikach. Z kolei Glenn Gabe 7 października chwalił Ahrefs za trafne uchwycenie spadków podczas wrześniowego spam update, wskazując, że Semrush zareagował z opóźnieniem. Ahrefs nie odniósł się do żadnej z tych opinii.
Serwis PPC Land zwraca uwagę na problem przejrzystości: DemandSphere i AccuRanker opublikowały dane stojące za swoimi szacunkami, Ahrefs nie. Klienci nie mają więc jak samodzielnie ocenić, w jakim stopniu ich własne projekty zostały dotknięte. Podobnie redakcja Search Engine Journal podkreśla, że procenty podawane przez poszczególnych dostawców mierzą różne rzeczy: 8% w SEOmonitor dotyczy wyników zwróconych przez Google, a wskaźniki AccuRanker pochodzą z próbki już zapisanych danych.
Google do momentu publikacji nie skomentował publicznie żadnej z tych relacji. AccuRanker skwitował to krótko w swoim komunikacie: „Google has made no statement”.
Co dalej
Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z wyścigiem zbrojeń, a nie jednorazowym incydentem. Doświadczenie SEOmonitor pokazuje to najlepiej: zabezpieczenia działające do 8 października przestały wystarczać dzień później, bo fałszywe strony przestały zdradzać dotychczasowe sygnały. Można się spodziewać, że Google będzie dalej dopracowywał mechanizmy rozpoznawania automatycznych zapytań, a dostawcy danych będą odpowiadać kolejnymi warstwami weryfikacji, co podniesie koszty i zapewne ceny narzędzi.
Na co zwracać uwagę w najbliższych tygodniach:
- komunikaty w panelach narzędzi, bo Ahrefs zapowiedział informowanie o zmianach właśnie tą drogą, a SEOmonitor prowadzi osobną stronę incydentu,
- korekty danych historycznych, które mogą zmienić obraz wrześniowego spam update w waszych projektach,
- rozwój sprawy Google kontra SerpApi, bo jej wynik może przesądzić o tym, na ile pobieranie wyników wyszukiwania jest w ogóle legalnie chronione,
- ewentualne stanowisko Google, którego na razie brak.
Praktyczna rekomendacja na dziś: nie podejmujcie decyzji strategicznych (przepisywania treści, zmian w linkowaniu, zwalniania agencji) wyłącznie na podstawie spadków zarejestrowanych przez rank tracker między 20 września a 13 października. Każdy taki spadek potwierdźcie w Search Console, w danych o ruchu z GA4 i ręcznym sprawdzeniem wyników w trybie incognito. Jeśli wszystkie trzy źródła mówią to samo, spadek jest prawdziwy i warto sięgnąć po plan działania po spadku pozycji. Jeśli nie, najpewniej patrzycie na zatruty pomiar.
Paradoks sytuacji polega na tym, że branża, która od lat uczyła klientów patrzeć na pozycje, sama musi się teraz nauczyć im nie ufać. Część komentatorów już wcześniej przekonywała, że po zmianach z września pozycja przestała być dobrą miarą sukcesu, a przyszłość należy do wskaźników związanych z marką i przychodem. Afera z zatrutymi wynikami tylko ten argument wzmacnia.
FAQ
Czym jest zatruwanie wyników wyszukiwania przez Google?
To sytuacja, w której Google podaje automatycznym narzędziom pobierającym wyniki (rank trackerom, dostawcom API, scraperom AI) inną stronę wyników niż zwykłemu użytkownikowi. Taka strona wygląda kompletnie, ale brakuje na niej większości domen, które normalnie rankują na dane zapytanie, więc narzędzie zapisuje błędne pozycje.
Jak duża część danych z narzędzi SEO może być błędna?
Ahrefs szacuje skalę na 5–20% wyników w ostatnich tygodniach, zależnie od dostawcy danych. Nozzle zmierzył 8,7% zatrutych pierwszych stron w okresie od 13 września do 21 października, DemandSphere około 11% dziennych sprawdzeń, a SEOmonitor około 8% wyników wymagających ponownego pobrania.
Które okresy w raportach pozycji są najbardziej podejrzane?
Najwięcej błędów przypada na drugą połowę września i pierwszą połowę października 2026 roku, ze szczytem około 25–29 września. To okno pokrywa się z wrześniowym spam update Google (24 września – 8 października), więc spadki z tego czasu warto weryfikować w Search Console.
Czy Google potwierdził, że celowo podmienia wyniki?
Nie. Do 24 października Google nie skomentował publicznie relacji Ahrefs ani innych dostawców. Część ekspertów uważa, że głównym celem są firmy AI i dostawcy masowo pobierający wyniki, a narzędzia SEO zostały trafione przy okazji.
Jak sprawdzić, czy spadek pozycji w moim projekcie jest prawdziwy?
Porównaj dane z rank trackera z Google Search Console, ruchem organicznym w GA4 i ręcznym sprawdzeniem wyników w trybie incognito. Jeśli wszystkie źródła potwierdzają spadek, jest on realny. Jeśli spadek widać tylko w narzędziu, najpewniej jest to skażony pomiar, a wiele narzędzi pozwala też wymusić ponowne pobranie danej frazy.










